| Nazwa The Thrills nic wam nie mówi? Oto więc lista pięciu ich dotychczasowych osiągnięć (kolejność przypadkowa): |
Nazwa The Thrills nic wam nie mówi? Oto więc lista pięciu ich dotychczasowych osiągnięć (kolejność przypadkowa):
1. Zagrali debiutancki koncert w londyńskim Royal Albert Hall na osobiste zaproszenie od Morrissey’a.
2. W poszukiwaniu swojej muzy dotarli na plażę w San Diego, gdzie cztery kolejne miesiące spędzili na sofie pisząc piosenki.
3. Obwieścili rodzicom, że podpisali kontrakt z wytwórnią płytową i że wkrótce będą sławni. Przez rok wszystko było bujdą.
4. Wybrali najfajniejszą z możliwych nazwę dla zespołu, inspirowaną w równej mierze przez żeńskie grupy Phila Spectora z lat sześćdziesiątych i doskonałą płytę Michaela Jackson’a.
5. Wywołali nie lada poruszenie wśród największych firm płytowych, zaprojektowali dla zespołu najlepszą koszulkę w tym sezonie, zyskali przychylność wszystkich, od Noela Gallaghera po Chrisa Martina.
Nie ma żadnych wątpliwości: The Thrills to zespół wyjątkowy. Być może mieliście już okazję usłyszeć ich singiel ‘Santa Cruz (You’re Not That Far)’, doskonały utwór pełen słońca i miłości, przywołujący ducha Zachodniego Wybrzeża lat sześćdziesiątych i bity The Strokes. Albo może doszła do was wrzawa, która ich otacza: na koncercie w Londynie w styczniu tego roku Oasis przepychało się do baru, żeby mieć lepszy widok na scenę, Jo Whiley wylała drinka, a kilku zdegustowanych dziennikarzy odeszło z kwitkiem, kiedy okazało się, że koncert jest wyprzedany. Nie ma to w sumie znaczenia, bo już wkrótce wszyscy usłyszą o nich znacznie więcej.
The Thrills wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. Mają odpowiednie piosenki. Odpowiednie podejście. Odpowiednie punkty odniesienia. Wiadomo, że zespół musi być niezły, skoro wśród swoich inspiracji wymienia jednym tchem The Beach Boys, ESP, Burta Bacharacha, ale również takie klasyki dużego ekranu, jak Przekleństwa niewinności (The Virgin Suicides) i West Side Story. Kiedy niedawno sporządzili dla NME składankę marzeń, lista utworów prezentowała się niczym Hall of Fame: Dexy’s, Jimi Hendrix, Al Green. Chyba nawet sam Beck nie wybrałby lepszego zestawu. The Thrills wcale się nie starają. Oni po prostu są.
Znaczna część tego genetycznego fenomenu wiąże się zapewne z faktem, że The Thrills mają muzykę we krwi. ‘The Thrills zaczęło się ode mnie i od Conora,’ mówi Daniel. ‘Mieszkaliśmy obok siebie w Dublinie całe dzieciństwo. Od urodzenia byliśmy sąsiadami. Od dziecka się przyjaźniliśmy. Obaj mieliśmy obsesję na punkcie muzyki. Jedynym wyjściem dla nas był zespół.’ Kiedy skończyli piętnaście lat, ściągnęli kolegów ze szkoły, Kevina i Bena oraz, nieco później, Pardraica, i zespół był gotów do dalszego działania. Przez pierwszych parę lat ćwiczyli w domu, uczyli się grać na instrumentach, poznawali radość płynącą z tworzenia i komponowania. Latem 1999 roku mieli już gotowy plan. Wszyscy w zespole uwielbiali muzykę z Zachodniego Wybrzeża z połowy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jednak nie chcieli wynajmować jakiejś zakurzonej sali prób, żeby odgrzewać tam riffy Neila Younga. Postanowili posunąć się krok dalej i przekonać się na własne oczy, jak to wszystko wygląda. I tak, The Thrills udało się na czteromiesięczne wakacje do San Diego. ‘To było naprawdę świetne lato. Z wielu powodów,’ mówi Daniel. ‘Wynajęliśmy niewielki dom na plaży. Były tam dwa pokoje, w których musieliśmy się wszyscy pomieścić, my i nasi kumple. Przed domem znaleźliśmy dwie wielkie sofy i ogromny fotel. Wyciągnęliśmy je na plażę i korzystaliśmy z nich na całego.’ Korzystanie na całego odbywało się przy dźwiękach Franka Sinatry, The Band, Marvina Gaye i Steviego Wondera, przy niewinnych sprzeczkach o to, okładka której płyty Carole King jest najlepsza. ‘Wszystko zmieniło się wraz z naszym powrotem do Dublina,’ mówi Daniel. ‘Zmieniło się zupełnie nasze podejście. Wiedzieliśmy już na pewno, że to jest właśnie to, co musimy robić.’ Kolejna podróż w 2000 roku, tym razem do San Francisco, tylko wzmogła ich determinację. Po powrocie do Dublina odizolowali się na kilka miesięcy od świata, przenosząc słońce, którym nasiąkli w Ameryce na demo, by wreszcie, w 2001 roku podpisać kontrakt z niewielką miejscową wytwórnią, Supremo.
The Thrills zaczęło nabierać tempa. Współpraca z Supremo nie za bardzo się układała, dlatego drogi wytwórni i zespołu wkrótce się rozeszły. Latem 2002 roku o The Thrills zaczęło robić się coraz głośniej (na szczęście, żadne nowiny nie dotarły do ich rodziców, którym chłopcy obwieścili, że wielka sława czai się tuż za rogiem w momencie, gdy tak naprawdę nie mieli nawet zagwarantowanego kontraktu na płytę). Kieszenie wszystkich największych wytwórni zaczęły się bardzo szybko otwierać, a w ubiegłym roku The Thrills zdecydowało się na kontrakt z Virgin, ponieważ ‘wysyłali pozytywne fluidy.’
Wszystko jak na razie szło jak po maśle. Jednak to, co najlepsze było jeszcze przed nimi. Ich znajomy szepnął słówko słynnemu samotnikowi, Morrissey’owi i ten objawił się pewnego razu na próbie The Thrills. Mało brakowało, a Jego Wysokość pocałowałby klamkę. ‘Nasz menadżer powiedział, że na naszą próbę przyjdzie jakiś wyjątkowy gość. Kiedy dowiedziałem się, że chodzi o Morrissey’a, postanowiliśmy zatrzymać tę wiadomość dla siebie i pozwolić, aby reszta zespołu przeżyła największy szok w życiu.’ mówi Daniel. ‘Ale panowie zadzwonili w wieczór poprzedzający próbę i chcieli ją odwołać. Dlatego musiałem im powiedzieć, kto przychodzi.’ Przyszedł Morrissey, potupał nogą w rytm muzyki The Thrills i zaproponował im support podczas swojej trasy koncertowej. ‘To było naprawdę niesamowite,’ wspomina Daniel. ‘Nikt go nie widywał od lat.’ Czy spędzali z nim czas? ‘Tak, wyszliśmy gdzieś razem na kolację, podczas której przez dwie godziny to głównie my zasypywaliśmy go pytaniami. Wszyscy jesteśmy wielkimi fanami Smiths. Najlepsze jest to, że on nie cierpi całej reszty naszych muzycznych fascynacji. Później wspomnieliśmy Phila Spectora i, dzięki Bogu, okazało się, że on go uwielbia.’ Ale? ‘Ale później ktoś rzucił, że podoba mu się bożonarodzeniowa płyta Spectora i Morrissey odparł, że nie cierpi Świąt.’
Jednak te różnice nie przeszkodziły im w dalszej współpracy i we wrześniu 2002 zespół wystąpił przed Morrissey’em w Royal Albert Hall. Całkiem niezły początek. Robbie Williams wystąpił tam dopiero po dziesięciu latach od debiutu. Po tym koncercie stało się jasne, że grupie nie pozostaje do zrobienia nic innego, jak tylko nagrać w Los Angeles swoją pierwszą płytę z Tony’m Hofferem, producentem współpracującym wcześniej m.in. a Air, Beckiem i Smashing Pumpkins.
Teraz The Thrills gotowi są rzucić cały świat na kolana. ‘Jesteśmy inni, ponieważ wszystko zaczęło się od przyjaźni. Kiedy mamy wolne, idziemy razem do kina. Nie wracamy, każdy do siebie, żeby spotkać się potem dopiero na lotnisku.’ Są podobni do The Smiths: skoro zespół z równą pasją podchodzi do wkładek na swojej płycie i koszulek zespołu, co do piosenek, które wykonuje, wiadomo, że jego przeznaczeniem jest wielkość. ‘To nie jest coś, co przejdzie, co minie.’ mówi Daniel. ‘Wszyscy mamy obsesję na punkcie muzyki. Tylko o tym potrafimy rozmawiać.’ Ach, czy wspomnieliśmy już, że członkowie zespołu mają po 23 lata?
Sunshine and love. Słońce i miłość. Pokochacie The Thrills od pierwszego wejrzenia.
* Conor Deasy wokal
* Daniel Ryan - gitara/wokal/gitara basowa
* Ben Carrigan - perkusja
* Kevin Horan – instrumenty klawiszowe
* Padraic McMahon – gitara basowa/wokal/gitara
www.thethrills.com
