Take Them On, On Your Own
Black Rebel Motorcycle Club kwestionują to, co się wokół nich dzieje.
Nowy album "Take Them On On Your Own" jest na o najlepszym dowodem.


“Sztuka polega na tym, żeby kwestionować to, co się wokół dzieje. To jest właśnie cel sztuki i artysta ma całkowite prawo to właśnie robić.”
–Peter Hayes, czerwiec 2003

Obecnie istnieje pewnie milion zespołów, które rozprawiają godzinami o niezależności i wolności słowa, ale takie, które naprawdę żyją zgodnie z tym, co głoszą, można pewnie policzyć na palcach jednej ręki. I właśnie Black Rebel Motorcycle Club zdecydowanie należy do tej mniejszości.

8 września ukazał się drugi album zespołu, który potwierdza dobitnie ów sąd. Jest to kolejna po fantastycznym debiucie grupy płyta, która powtarza hasła sprzeciwu wobec establishmentu oraz potwierdza wiarę artystów w rock’n’rolla jako muzykę protestu. Tytuł płyty, ‘Take Them On, On Their Own’ (Stańcie z nimi do walki), to po części apel, a po części opis tego, do czego zespół był zmuszony od momentu powstania w 1998 roku.

‘Take Them On, On Their Own’ podejmuje zarówno kwestie osobiste jak i polityczne, robiąc to z ogromnym przekonaniem, w sposób niezwykle oryginalny, zapierający dech w piersi.

Chociaż zespół nigdy się do tego nie przyzna, płyta jest wyraźnym zwiastunem narodzin jednej z najciekawszych rock’n’rollowych grup na świecie.

Black Rebel Motorcycle Club mieli wielkie ambicje od samego początku, kiedy tylko zeszli się w 1998 roku w San Francisco. Wszyscy trzej pochodzą z innych zakątków globu. Peter dorastał na małej farmie w Minnesocie, Nick spędził dzieciństwo w Devon w Wielkiej Brytanii. Tymczasem Robert dorastał gdzieś w górach Santa Cruz, gdzie mieszkał z ojcem, Michaelem Beenem – byłym frontmanem nowofalowej grupy z lat osiemdziesiątych, The Call, obecnie szanowanym inżynierem dźwięku w Black Rebel.

Od samego początku zespół był prawdziwym outsiderem, bez jakichkolwiek powiązań ze sceną muzyczną i bez większej ochoty szukania takich powiązań. Peter i Robert początkowo pracowali z automatyczną perkusją, później jednak zjawił się Nick i tak powstało pierwsze wcielenie zespołu, The Elements. Z czasem The Elements zmieniło się w Black Rebel Motorcycle Club (nazwa pochodzi oczywiście ze słynnego filmu „Dziki”(The Wild One) z Marlonem Brando) i od tego momentu trójka zaczęła pracować nad 13 utworami na swoje pierwsze demo. Przeszło ono zupełnie bez echa.

“Trudno było nagrywać coś nowego.” wspomina Peter. “Ludzie nie tego szukali. Wszelkie próby zrobienia czegoś innego nie były szczególnie chwytliwe i trzeba przyznać, że nie mieliśmy wtedy zbyt dużego poparcie.”
W 1999 roku zespół przeniósł się do Los Angeles i karta się odwróciła. Jeszcze w tym samym roku, w okolicach Świąt Bożego Narodzenia podpisali kontrakt z Virgin, który zapewniał im pełną kontrolę nad tym, co nagrywają. Długo nie zwlekając, postanowili skorzystać z tej możliwości. Bez żadnych konsultacji (ich A&R zrezygnował już na początku) przygotowali w 2000 roku mocny, wielowarstwowy, złożony debiut zatytułowany po prostu Black Rebel Motorcycle Club.

“Kiedy nagrywaliśmy tę płytę, w naszym życiu nic się za bardzo nie działo,” śmieje się Robert. “Kiedy jej teraz słuchamy nie czujemy w niej w ogóle życia. To świetna płyta, ale być może nie zaszkodziłoby nam, gdybyśmy w trakcie pracy nad nią od czasu do czasu gdzieś wyskoczyli …”

‘BRMC’ było doskonałym debiutem. Jest to trudna, klimatyczna, bezkompromisowa płyta, którą najlepiej opisuje ‘Whatever Happened To My Rock’N’Roll (Punk Song)’, gniewna i elegancka synteza wiary zespołu w symfoniczną moc muzyki. Utwór świetnie trafia do publiczności, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Black Rebel mogli w 2000 i 2001 r. do woli jeździć ze swoją muzyką po Stanach wzdłuż i wszerz, ale dopiero w Anglii ich przesłanie spotkało się od razu z żywiołową reakcją.

Na początku 2002 roku znaleźli się na okładce NME. Było to zaledwie preludium poprzedzające całą lawinę okładek. Po kilku koncertach z Oasis latem, po wielu próbach rozwiązania problemu z amerykańską wizą Nicka Jago (teraz szczęśliwie zakończonych). zespół przeniósł się do Wielkiej Brytanii.

Kiedy już zadomowili się w Anglii, postanowili dobrze wykorzystać czas i weszli do studia Fortress – ciasnej, wilgotnej pakamery we wschodnim Londynie. Tam od szóstej wieczorem do szóstej rano pracowali nad ‘Take Them On, On Your Own’. Od początku wiedzieli, czego chcą. Miała to być szydercza, szybka, rock’n’rollowa płyta. Miała być pewną deklaracją, krokiem w kierunku obranym na początku kariery, próbą zdystansowania się wobec konkurencji.

“Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że zawartość płyty nie podlega żadnej dyskusji,” wyjaśnia Peter. “Co ludzie czerpią z muzyki oprócz dobrego samopoczucia? Chcieliśmy wiedzieć, że jest tu jakaś treść. Wielkość zespołu nie zależy od jego wyglądu i sposobu zachowania, ale od tego, co dana grupa ma do powiedzenia.”

Takie poczucie mamy słuchając całej płyty. ‘Take Them On, On Your Own’ to mocne potwierdzenie, że muzyka nadal może być praktyczną formą protestu. Od brutalnych stwierdzeń na ‘Generation’ i ‘Six Barrel Shotgun’ przez wyraźnie osobiste ‘And I’m Aching’ i ‘Shade Of Blue,’ cała płyta prowokuje do myślenia, zamiast dostarczać garści pustych sloganów. Osiąga ten cel w doskonałym tandemie tekstów i elektryzującego rock’n’rolla.
“Włożyliśmy w tę płytę naprawdę dużo serca,” podsumowuje Robert, “i chcemy, żeby ludzie potraktowali ją z należytą powagą.”

Jeżeli o to chodzi, naprawdę nie ma się o co martwić. Na płycie jest treść i ambicje, które umykają uwadze większości, jeśli nie wszystkim rówieśnikom zespołu. Rzadko się to zdarza, ale kiedy wreszcie stanie się twarzą w twarz z czymś tak ważnym, jest to szokujące i nieco dezorientujące doświadczenie. Wszyscy powinni się jak najszybciej zapoznać z niezwykłym protestem BRMC.

Artyści
Black Rebel Motorcycle Club

“Sztuka polega na tym, żeby kwestionować to, co się wokół dzieje. To jest właśnie cel sztuki i artysta ma całkowite prawo to właśnie robić.” –Peter Ha...