Goldfrapp "Black Cherry"
2003-03-14 11:45:26

Płyta roku.....

"Excite Me, Ignite me..."(“Rozpal mnie, rozgrzej…”)

Elektryczny pisk na 'Lovely Head', efektowne koncerty: Goldfrapp od zawsze lubiło mieć dobre wejście.

Ich debiutancka płyta z 2000 roku pt. 'Felt Mountain' była zniewalającym koktajlem sennych narkotycznych majaków, tanga i piosenek o tragicznej miłości, podanym w odważnej elektronicznej aranżacji. Album został bardzo dobrze przyjęty na całym świecie i okazał się wymowną, ponadczasową zapowiedzią nowego milenium. "Brzmienie wzorcowe" według Time Out.

Świat zmysłów na debiutanckim 'Felt Mountain' tchnął mroczną fantazją i baśniowym pejzażem. Ich nowa płyta - 'Black Cherry' dodaje do tego jeszcze dźwięki i energię dużego miasta, szum targowiska i gorączkę pożądania.

'Black Cherry' nadal bazuje na charakterystycznych dla grupy odważnych eksperymentach z dźwiękiem. Ich zadziwiająca moc jest ciągle zauważalna i bardzo na miejscu. Na całej płycie 'Black Cherry', poczynając od dramatycznego piękna utworu tytułowego, przez niepokojące, zmysłowe ‘Deep Honey’ aż po wirujące szaleńczo ‘Tiptoe’ ujawnia się ze zdwojoną siłą niezwykła umiejętność grupy Goldfrapp, która niczym mityczne syreny, uwodzi słuchaczy i przenosi ich do zupełnie innej rzeczywistości. Na początku agresywna linia basu w 'Train' albo 'Strict Machine', czy też radosne, kokieteryjne wręcz 'Twist' wydają się nie mieć za wiele wspólnego z klimatyczną płytą 'Felt Mountain'. Jednak dla każdego, kto miał okazję oglądać w ubiegłym roku żywiołowe koncerty zespołu podobieństwo tych dwóch nie budzi żadnych wątpliwości.

Alison wspomina: "Koncerty często zaczynały się pod ścisłą kontrolą, w dużym napięciu, dlatego prawdziwą ulgę przynosiły momenty, kiedy można było na scenie w coś uderzyć, trochę sobie odpuścić, wybuchnąć."

'Human' i 'Utopia' zyskały podczas koncertów zupełnie nowy wymiar. Publiczność wprost wiła się z rozkoszy, kiedy zespół zagrał na bis wersję disco wielkiego przeboju z lat siedemdziesiątych pt.'Physical'.

Alison chwaliła sobie koncerty w całej Europie, od Paryża po Ibizę, od legendarnego klubu Lux w Lizbonie po Sonar Festival w Barcelonie(tu właśnie po raz pierwszy Goldfrapp wystąpiła na żywo), podczas którego Alison grała eklektyczny mix Hakkan Lidbo i Laidback przez Baccarę po Prince’a, a podczas Glastonbury Sunday, nawet 'Bombera' Motorhead.

Chociaż nie było tego w planach, w przypadku ‘Black Cherry’ po raz kolejny niezwykle istotne okazało się środowisko, w jakim nagrywana jest płyta. Przy 'Felt Mountain' zespół zaszył się na wsi. Tym razem, na miejsce tworzenia i nagrywania płyty muzycy wybrali oświetlane neonami, mroczne studio w Bath. "Nasz kontakt z naturą ograniczał się do fotografii z drzewami na ściennym kalendarzu – wspomina Alison. Malowałam po ścianach. Nie tylko dla kaprysu. Próbowałam w ten sposób trochę rozjaśnić tamto miejsce."

Z wielogodzinnych jamów stopniowo zaczynały wyłania się nowe utwory. Alison wspomina, że gdy napisała mroczny 'Train'(pierwszy singiel), poczuła się tak szczęśliwa, że niemal biegła do domu. W porównaniu z 'Felt Mountain', Alison uważa, że 'Black Cherry' jest "spontaniczne i perfekcyjne! Przy pierwszej płycie - 'Felt Mountain', nawet jeśli pojawiały się beaty to zdawały się skrzętnie ukryte. Tu chcieliśmy położyć na nie większy nacisk. Chcemy, żeby ta płyta była bardziej przejrzysta."

W świecie Goldfrapp, jak nigdzie indziej, styka się ze sobą weimerska dekadencja i desperacki hedonizm Studia 54 w Nowym Jorku jak. "Uwielbiam disco, Donnę Summer, MacArthur Park, i im podobne. Przy okazji poprzedniej płyty często pytano mnie o inspiracje. Odpowiadałam: Ennio Morricone i disco. Ten dramatyzm i smyki były tam obecne, choć może nie wszystkim wydaje się to oczywiste."

Disco, które potrafi nawet beton oprawić w efektowne smyczki i skrzętnie oddziela pasję od tragedii jest doskonałą paralelą dla eskapizmu 'Felt Mountain' i jego następcy. Na 'Black Cherry' wiele dźwięków zdaje się pochodzić z baśniowego parkietu w jakimś zupełnie innym świecie, a nie z płodnych umysłów zdolnego młodzieńca z Londynu i pomysłowej dziewczyny z Hampshire.

Oprócz disco na 'Strict Machine' (brzmienie przypomina tu nieco barokową fantazję z tytułowego utworu na 'Felt Mountain') i 'Train', utwory zostały podporządkowane różnym ekstremom. Mamy więc angielskie sci-fi country na 'Hairy Trees' (Włochate drzewa) i zupełnie dezorientujące 'Forever', jednak zdecydowanie, punktem kulminacyjnym całej płyty jest 'Tiptoe'. Zaczyna się od industrialnych beatów i przeszywających syntezatorów, po których odzywa się niski głęboki głos Alison, słusznie niegdyś określony jako „morfina, cukier i lód”. Napięcie w 'Tiptoe' narasta do momentu subtelnego przejścia do kolejnego utworu, który przypomina soundtrack Johna Barry'ego do 'The Deep', i który bezlitośnie wplata głos Alison w przejmujące smyczki.

Tymczasem 'Twist', który czerpie z młodzieńczej fantazji o ucieczce dieslem z chłopcem z targowiska lepi się od namiętności spod znaku waty cukrowej przy wtórze dzikich wrzasków w rytmie na trzy.

Utwór tytułowy - 'Black Cherry' to chyba najpiękniejsza piosenka w karierze Goldfrapp. "Takie tam, sprawy osobiste" wzdycha Alison, i to wszystko, co ma na ten temat do powiedzenia.

Alison Goldfrapp dorastała w schizofrenicznym otoczeniu lawirując między przedmieściem i prowincją. Zawsze uważała się za outsidera i czas pokazał, że była nim naprawdę. Grunt pod przyszłą karierę muzyczną Goldfrapp przygotował jej ojciec, który puszczał jej w dzieciństwie Carminę Buranę i szczegółowo analizował ją przy śniadaniu. Ale „tak naprawdę wolałam wtedy słuchać Top of the Pops".

Najpierw szkoła przyklasztorna, potem państwowy ogólniak, na poły normalne życie na przedmieściach, pomieszkiwanie na dziko w Londynie, wreszcie trzy lata w grupie tańca współczesnego w Belgii. Dopiero tam Alison zdała sobie sprawę z własnych możliwości wokalnych. Wszystkie te doświadczenia obudziły w niej dekadencję i eskapizm, który często słychać w jej piosenkach. Jednocześnie przez cały ten czas Alison paliła się wprost do własnej twórczości, była gotowa występować zawsze i wszędzie tam, gdzie rzecz szła o prawdziwą sztukę.

Tymczasem świecie równoległym, Will Gregory – syn chórzystki z Covent Garden, która przez całe dzieciństwo karmiła syna muzyką klasyczną i Beatlesami, wyruszył do USA, gdzie postanowił ostatecznie ujarzmić saksofon. Dotarł do San Francisco, gdzie nauczył się grać po barach. Później tułał się po różnych zespołach, aż wreszcie, znużony podróżą autokarem na kolejny koncert, zaczął komponować ścieżki dźwiękowe, w tym do filmu ID. W końcu, pewnego dnia, dostał od przyjaciela kasetę z niemalże ostateczną wersją 'Human' Alison, piosenki, która znalazła się potem na 'Felt Mountain'. Z charakterystyczną dla siebie dwuznacznością Will przyznaje: "Było coś w jej głosie".

Kontrakt z Mute w 1999 roku, praca nad 'Felt Mountain', gdzie spotkali się ich ukochani artyści od Morodera po Morricone, gorycz kompromisu, myślenie obrazami, a nie tonacjami muzycznymi, wreszcie, wyjątkowe otoczenie domku w odległym Wiltshire, w którym słychać było myszy harcujące gdzieś na poddaszu. Owocem tego wszystkiego jest niezwykły klimat płyty: malownicze miejsca pełne duchów przeszłości, zasłonki szarpane wiatrem przedmieścia, piosenki o miłości zakłócane przeczuciem przyszłych niepokojów.

Płyta 'Felt Mountain' spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki na całym świecie, sprzedała się w pół milionie egzemplarzy i wywarła duży wrażenie zarówno w Stanach i w Europie. W NME określono ją jako ‘wyśmienity halucynogenny pop. Oniryczny. Wyśmienity’. Magazyn Muzik uznał ją za zakup obowiązkowy, zaś Rolling Stone napisał po prostu "świetny". Krytycy zaczęli sugerować, że być może nareszcie z brytyjskiego popu udało się wyłowić inteligentną, elokwentną, fascynującą i pełną temperamentu kobietę. W czasach pustego gwiazdorstwa takie artystki są na wagę złota.

Alison Goldfrapp z 'Black Cherry' to zupełnie inna osoba od tej, którą odkrywa przed nami 'Felt Mountain'. Na tej płycie jest “szczęśliwsza”, 'Black Cherry' powala eksplozją kolorów i dźwięków, emanuje ogromną chęcią życia.

Magia przekazu Goldfrapp jest nadal ogromna, niezwykle sugestywna, tajemnicza, daje poczucie, że pod powierzchnią kryje się coś więcej, co nieustannie zdaje się wymykać nam z rąk. Oprócz pozornej beztroski, na 'Black Cherry' jest jeszcze coś niepokojącego, nieuchwytnego, co zdaje się nieustannie uwierać ucho i ducha, a sięga chyba nieco głębiej niż wspominana przez Willa ciężka atmosfera podczas nagrań, „gdy w dolinie utrzymywało się ciągle ciężkie powietrze”.

'Black Cherry' łączy klasyczne kompozycje z abstrakcyjną muzyką współczesną. Jest odważnym manifestem w coraz bardziej podzielonym świecie.

Goldfrapp ponownie udała się trudna sztuka ekspresji, która jest jednocześnie futurystyczna i przyjazna dla ludzi. Tym dwojgu udało się ujarzmić to nieprzystępne terytorium.

Premiera najnowszego albumu "Black Cherry" - kwiecien 2002


Udostępnij
Artyści
Goldfrapp

Elektryczny pisk na 'Lovely Head', efektowne koncerty: Goldfrapp od zawsze lubiło mieć dobre wejście.

Teledyski
Pliki dźwiękowe
Aktualności