| 2006-03-23 10:44:19 "Doktor T. Love, czyli jak wyleczyłem się z uprzedzeń i pokochałem Muńka Staszczyka" - Bartek Chaciński, Przekrój 12/2006 |
TRUDNA LOVE (5/6)
Doktor T. Love, czyli jak wyleczyłem się z uprzedzeń i pokochałem Muńka Staszczyka
Paradoks grupy Muńka polega na tym, że to, co pisze jako autor, to dziwne pomieszanie banału z przenikliwym, dojrzałym spojrzeniem na świat, świetnych szlagwortów z angielskimi wtrętami, do których ciężko się przyzwyczaić. Do tego dodajmy często zmieniający się muzyczny styl. Wszystko to spowodowało, że nie uznawałem T. Love za swoich faworytów. Nawet, gdy nagrywali piosenki na świetną koncertówkę w moim rodzinnym Wołominie, to mnie tam nie było. Wydawało mi się, że jestem na T. Love za stary, tymczasem było zupełnie odwrotnie.
Trzeba było odpowiednich okoliczności. Po pierwsze, mojego narastającego zniechęcenia do polskich muzyków rockowych, którzy sprawiają wrażenie jakby się umówili – wszyscy, od Negatywu po Virgin – żeby w tekstach poprzestawać na banialukach i ogólnikach, zamiast choć próbować komentowania rzeczywistości, dawać upust bólowi, gniewowi, podstawowym, bądź co bądź, składnikom rocka. Po drugie, słyszalnego wyraźnie wkurzenia Muńka, który z jednej strony znudził się już śpiewaniem rocka, a z drugiej – nie znajduje dla siebie innej formy ekspresji. Do tego T. Love przeżywa kryzys kadrowy, rozprężenie właściwe dla zespołów wieku średniego, a na dodatek perkusista grupy, Sidney Polak, startując z tylnego fotela, robi błyskawiczną karierę w zupełnie innej konwencji muzycznej. W takiej właśnie sytuacji T. Love nagrali kapitalną płytę pod ironicznym szyldem „I Hate Rock’n’Roll”, a ja się nią zachwyciłem.
To płyta pełna chwytliwych i różnorodnych nagrań jak zestaw „the best of” – może dlatego, że pracowali nad nią ściągnięci przez Muńka muzycy z poszczególnych okresów działalności grupy. Stare motywy („Jest super”) słychać w „Gnijącym świecie”, ale to zarazem singiel o wielkiej mocy, jakiego dawno nie nagrał polski zespół rockowy. Świetny jest pełen rezygnacji „Czarnuch” („Jestem czarnuchem kontynentu, miejskim szczurem / Niewolnikiem jestem, to się przecież wie”). Porywające – „Dlatego”. I znowu ponury tekst: „Dlatego właśnie, że jesteście inni / Gnoje nie tolerują was / Strażnikom wiary i polaczkom z bimbrem / Ja beznamiętnie mówię pa”. W końcu w „Jazzie nad Wisłą” – co wydaje się już nieuchronne – Muniek proponuje ucieczkę („Znów dziś myślałem o emigracji / To jest melodia mojej generacji”). Cenię w nim dziś to, że nie próbuje być wodzem alternatywnej młodzieży, tylko tych, którzy chcą normalnie żyć. Nawet w buntowniczym „Pracuj albo głoduj” śpiewa „Bo korporacja wykańcza, nie daje szczęścia mi”, a nie „Bo korporacja zabija, jest pazerna”. Szczęście i spokój – oto dążenia Muńka Stańczyka. Nie walka z systemem. Nawet jeśli nie podoba mu się prezydent, to dlatego, że zakłóca jego spokój, poczucie wolności („Hey, mister president / Jestem gejem, jestem les” – prowokuje).
Kiedyś ścięło mnie z nóg, kiedy usłyszałem „Chłopaki nie płaczą” T. Love’u na weselu w wykonaniu knajpianej kapeli. Wtedy byłem zdegustowany, ale dzisiaj i na to patrzę inaczej – na tym weselu bawiła się młoda inteligencja, fajni ludzie po studiach, bywali na świecie. Wygląda na to, że oni czuli silny pokoleniowy związek z tą muzyką. Dziś połowa z nich siedzi w Wielkiej Brytanii. Rodacy T. Love mieszkają teraz w Londynie, Dublinie i Edynburgu. Tam ta płyta powinna się sprzedawać lepiej niż jakieś Arctic Monkeys. A w Polsce do każdej sztuki powinni dawać gratis bilet tanich linii lotniczych.
Bartek Chaciński
Recenzja pochodzi z "Przekroju" nr 12/2006
www.przekroj.pl
Udostępnij
